niedziela, 17 maja 2015

Chapter XXXVIII: What now?

  Michelle
  Jak się okazało Isaac mieszkał w dość ekskluzywnym hotelu. Przeprosił mnie za to, że wcześniej mnie nie uprzedził, iż w tym mieście jest tylko ze względu na interesy, które prowadził z ojcem. Szybko dał mi jego ubrania na przebranie po czym, niemal wepchnął mnie do łazienki. Zinterpretowałam to, jako definitywne zakończenie, jak na razie, tematu. Nie chcąc się wtrącać w jego życie, bo w końcu to nie była moja sprawa, przez resztę wieczoru milczałam. Nawet kiedy znikł z trzy razy wykonać dziwaczne telefony, po których wyglądał na zdenerwowanego. 
  Teraz leżałam już na rozłożonej kanapie pod cieplutką kołderką. Od godziny jedyne co potrafiłam zrobić było ciągłe wiercenie się i myślenie. Nadal nie byłam pewna czy dobrze zrobiłam, uciekając od Justina. Lecz patrząc na to resztkami mojego rozsądku, wiedziałam że chrzest właściwie się skończył. Zostałyby mi jedyne tylko treningi z Kate oraz zapewne lekcje strzelania z Justinem, nic więcej o czym bym wiedziała. Długie i męczące lekcje z brunetką dały mi wręcz idealną, wysportowaną sylwetkę, mogłam sobie spokojnie poradzić na własną rękę. Tylko w czym?
  Skąd ja wezmę pieniądze na utrzymanie? Zagryzłam mocno wargę. Jednak ucieczka był to zły pomysł. Nie miałam pieniędzy, nawet nie miałam pojęcia jak je zdobyć, no bo kto zatrudniłby 17-nasto, jeszcze, letnią dziewczynę bez skończonej szkoły? Nie posiadałam mieszkania, przez co od razu zaufałam Isaacowi. A co jeśli on nie jest taki jak myślę? Może mnie zwiąże przez sen i zgwałci? 
  Matko, Michelle, od kiedy jesteś taka lekkomyślna? 
  Westchnęłam głośno, po czym przewróciłam się na plecy. Musiałam wrócić do Justina, nie wiedziałam jakim cudem. Westchnęłam. Boże co ja robię z moim życiem? 
  Chcę wrócić do Justina, który mnie zniszczył. Do chłopaka, który myślał zawsze tylko o sobie, nie o mnie. O nas. Nie po to od niego uciekłam. Od jego świata, w którym codziennie byłam karmiona przez niego kłamstwami, a osoby trzecie mówiły mi prawdę. 
  Westchnęłam cicho i pierwsza zła spłynęła po moim policzku. Jestem żałośnie zakochana w chłopaku, który mnie zdradzał i zmuszał do ciągłych ćwiczeń, bym mogła stać się taka jak on. Osobą, która myśli tylko o sobie i nie przejmuje się nikim innym. Miałam się stać jego własną maszyną do ruchania i zabijania. 
  Załkałam cicho z własnej głupoty. Mogłam się dawno zabić lub próbować im uciec. Miałam do tego mnóstwo okazji, więc czemu tego nie zrobiłam? Miłość. Przez to cholerne uczucie, najprawdopodobniej spieprzyłam sobie życie. Nie mam przyszłości z Justinem i bez niego. 
  Oddychałam coraz ciężej, a mój płacz zmienił się w szloch. Justin został moim przekleństwem. Diabeł w ciele anioła. Zacisnęłam oczy, przypominając sobie jego wygląd. Złociste włosy, postawione na żel i wygolone po bokach zawsze były miękkie w dotyku. Sam ich wygląd powodował, że chciałaś codziennie móc przeczesywać je przez palce. Miodowe oczy, które kiedy był podniecony miały odcień mlecznej czekolady. Mogłam godzinami tonąć w jego przenikliwym spojrzeniu. Malinowe pełne usta, aż prosiły się o nie jeden pocałunek. Kiedy wpełzał na nie uśmiech, potrafił on cię powalić z nóg. Był jednym z tych, o które mogłabyś się modlić do Boga, żebyś widziała je codziennie. Mocno zarysowana szczęka, dodawała mu męskości. Jego głos był anielski. Sposób w jaki wypowiadał moje imię, doprowadzał mnie do szału. Nawet nie musiał mnie dotknąć by czuć to miłe uczucie w podbrzuszu. Miał dobrze zbudowane ciało, a jego tatuaże dodawały mu tajemniczości. Justin miał wygląd idealny. Był przykładem chłopaka, które wszystkie pragnęły. Mnie się jakimś cudem udało go zdobyć. To dziwne. W normalnym życiu nie pasowalibyśmy do siebie.
  Właśnie, w normalnym życiu. Nie tym, które teraz obydwoje prowadzimy. Tyle padło kłamstw, tylko po co? W czym pomogły Justinowi kłamstwa? Chciał mnie po prostu zaliczyć? Mógł mnie najnormalniej w życiu upić i poddać jego urokowi osobistemu. W tym było coś głębszego. Miłość? Odpada, jakby mnie kochał, nie zdradzał by mnie.
  Jakby mnie kochał… Zaszlochałam. Czemu mnie zdradzał? Nie wystarczałam mu? Robiłam wszystko by było mu dobrze i miał to czego chce. Dawałam mu miłość, dawałam mu siebie. A on? Poszedł do innych. Może była, dla niego za brzydka? Może za gruba? Wiedziałam jedno, byłam żałosna. 

***

  Obudziłam się rano z wielkim bólem głowy. Mało spałam, w dodatku pół nocy przepłakałam w poduszkę. Spojrzałam się na zegarek, który wskazywał trochę po siódmej. Westchnęłam. Nie wiedziałam dokładnie co zrobić. Cisza w apartamencie wskazywała na to, że Isaac jeszcze spał w swoim pokoju. To dobrze. Po długich nocnych rozmyślaniach doszłam do wniosku, że Justin nie bez powodu kazał mi nie ufać nikomu i ukrywał w domu. Coś musiało w tym być. Postanowiłam pójść po rozum do głowy. Przestałam ufać chłopakowi, który mi wczoraj pomógł. Nigdy nie wiadomo, kim on do końca jest. W dodatku mógł tylko przez jeden dzień udawać miłego. 
  Postanowiłam wstać i wyjść z apartamentu, zanim on się obudzi. Bałam się, że jeśli zostanę, on będzie starał się mnie na siłę zatrzymać. 
  Szybko i cicho wstałam z łóżka, po czym idealnie je pościeliłam. Zrzuciłam z siebie bluzkę chłopaka i złożoną położyłam na pościeli. Następnie założyłam wczorajsze ubranie. Czułam się dość nie komfortowo, bo od wczoraj się nie myłam. Stwierdziłam, że nie będę się tym teraz przejmować. Wzrokiem objęłam jasny pokój w poszukiwaniu kartki papieru i długopisu. Ucieszyłam się widząc na biurku przy oknie blok z kartkami i hotelowy długopis. Nabazgrałam krótkie podziękowania, a kartkę położyłam na koszulce. 
  Po cichu wyszłam z pokoju. W duchu dziękowałam Bogu, że chłopak jednak nie wstał. Ruszyłam niemal na palcach do drzwi wyjściowych. Szybko przekroczyłam próg pokoju i cicho zamknęłam drzwi. Zaczęłam iść żwawym krokiem do windy. 
  Osiągnęłam swój pierwszy mały sukces. Teraz zostało mi dotarcie do bazy gangu Justina. 

  Justin
  Przez całą noc nie zmrużyłem oka. Co jeśli coś się stało Michelle? Bałem się o nią cholernie. Nie mogłem przez to wręcz usiedzieć w miejscu. Moi ludzie przeszukiwali każdy zakątek miasta albo po prostu udawali, że to robili, chcąc żebym się uspokoił. Niestety, ja tego nie zrobię póki Michelle nie znajdzie się tuż obok mnie. Dopóki nie poczuje ciepła jej ciała i nie będę mógł 
tonąć w jej oczach. 
  Kate weszła do mojej sypialni, patrząc się na mnie zmęczonymi oczami. Wiedziałem, że też się martwiła. Zapewne mniej niż ja, ale zawsze w jakiś sposób ta sytuacja wpłynęła na nią. Spojrzała najpierw na mnie, a później jej wzrok powędrował do szklanki z alkoholem. Pokręciła głową.
  - To ci w niczym nie pomoże, Justin. - Jęknęła i zabrała ode mnie szklankę. - Prześpij się. - Dodała błagalnie.
  - Nie dam rady. - Mruknąłem, kręcąc głową. - A co… - Zająknąłem się. - A co jeśli ona już nigdy nie wróci, Kate? Jeśli nigdy jej nie odnajdziemy? 
  - Nie mów tak, Justin. - Pokręciła głową i objęła moją twarz swoimi ciepłymi dłońmi. - Nie masz prawa tak myśleć, a co dopiero mówić. Zobaczysz, znajdziemy ją prędzej niż myślisz.   - Uśmiechnęła się lekko i potarła mój policzek kciukiem. 
  - Może masz racje. - Oblizałem usta. 
  - Zawsze mam rację. - Kate stanęła na palcach, żeby musnąć lekko moje czoło. Gdy to już zrobiła z cichym westchnięciem odsunęła się. - Prześpij się trochę. - Dodała zanim opuściła pokój. 
  Stałem chwile bez ruchu, zastanawiając się, czy spróbować usnąć czy nie. Doszedłem do wniosku, że mały spacer po bazie zrobi mi dobrze. W ten sposób nie tylko zabije czas oczekiwania na wiadomość o Michelle, ale i może stanę się choć trochę bardziej śpiący. Czułem się trochę, jakbym zamiast snu, żył strachem o moją narzeczoną. Westchnąłem cicho, wychodząc z pokoju. 
  Czemu Michelle ode mnie uciekła? Przecież miała ze mną dobrze. Miała dach nad głową, jedzenie, pieniądze, opiekę oraz ochronę, wsparcie, seks, miłość. Miała mnie. Czego można chcieć więcej? Może mnie nie kochała? Ale nie raz przecież udowadniała mi to, że jest inaczej. Dawała mi dowody na to, że mnie pragnie, potrzebuje i kocha. Nie pojmowałem tego. Nie chciałem nikogo innego, oprócz jej. Kochałem ją. 
  Ja naprawdę kochałem Michelle. 
  - Justin! - Usłyszałem głos Kate, która biegła do mnie zasapana. - Michelle wróciła. - Wysapała, kiedy przystanęła przy mnie. 
  Adrenalina zmieszana ze szczęściem przejęła moje ciało. Moja kochana Michelle wróciła. 
  Bez jakiegokolwiek zastanowienia lekko pociągnąłem Kate w tą stronę, z której przyszła. Chciałem jak najszybciej zobaczyć moje słońce. Serce dudniło mi tak, że wyraźnie czułem  je nawet w uszach. Poganiałem niską szatynkę, chcąc już być na miejscu. Zziajany wpadłem do głównej hali ćwiczeń, następnie ruszyłem w stronę zbiorowiska na samym środku. 
  - Zróbcie miejsce. - Mruknąłem opanowując się. Byłem ich szefem, musieli mieć wobec mnie szacunek. 
  Oblizałem usta, widząc jak zgromadzenie ustawia się po moich obu stronach. Dali mi tym dobry widok na dziewczynę.
  Moją dziewczynę. Stała w miejscu ze spuszczoną głową i bawiła się palcami, tak jakby bała się spojrzeć gdziekolwiek indziej niż na swoje własne stopy. Westchnąłem cicho i zarazem z ulgą. Była cała i najprawdopodobniej zdrowa. Zacząłem powoli iść w jej stronę,. Bałem się trochę, że się mnie przestraszy.
  - Michelle? - Szepnąłem cicho, wyciągając rękę w stronę dziewczyny. Ani drgnęła. - Michelle, kochanie, to ja, Justin. - Dodałem, robiąc kolejny krok. 
  Usłyszałem pociągnięcie nosem. Po czym Michelle podniosła niepewnie głowę i spojrzała się na mnie zapłakanymi oczami, czym złamała mi serce. Nienawidziłem, kiedy ktoś bliski płakał, w szczególności kobieta. Szloch opuścił jej usta, a następnie rzuciła się w moją stronę. Jej ramiona ciasno oplotły się wokół mojej szyi, a ja złapałem ją w talii, by mi nie wypadła. 
  Moje ciało ogarnął spokój i ulga. Mięśnie rozluźniły się, a serce zaczęło wolniej bić. Przymknąłem oczy, czując wzrastające we mnie szczęście z powodu powrotu mojej ukochanej. Nie zastanawiając się, włożyłem rękę pod jej nogi i podniosłem ją tak, jak małżonek pannę młodą. Postanowiłem, że lepiej będzie jak porozmawiamy w naszym pokoju. Tam będziemy sami. 


Od autorki:
Przepraszam, przepraszam, przepraszam, przepraszam... Tak wiem, na stos ze mną. Tak dużo się działo w moim życiu, przepraszam, że nie byłam w stanie napisać tu nic. Nie byłam w stanie pamiętać, a moja motywacja pojechała w siną dal. Nie chciała wrócić. Dopiero niedawno, pewien chłopak przypomniał mi, dlaczego zaczęłam pisać i dlaczego kocham to robić. No i, że mi to wychodzi, według niego oczywiście. Sama za bardzo nie przepadam za swoimi tekstami. Myślę, że ten rozdział to jakaś pomyłka, ale na pewno w następnym będzie się działo dużo. Bardzo dużo. Mam nadzieję i liczę na szczerą opinię w komentarzach. Oczywiście od tych, którzy jeszcze jakoś pamiętają o mnie i tym opowiadaniu.
Kocham Was,
Agata

czwartek, 25 grudnia 2014

Chapter XXXVII: Isaac

Justin
            - Justin, uspokój się – zaczęła Kate, kiedy usadziła mnie na szpitalnym krzesełku – pomyślmy racjonalnie. Ta kobieta przyjechała z wypadku, a tam musiały być dwa pojazdy, Justin, musiała po prostu być ofiarą z drugiego samochodu. – Chodziła nerwowo w kółko, starając się jakoś wytłumaczyć tą pomyłkę. – A Michelle pewnie teraz jest w innym szpitalu lub na miejscu wypadku.
            - Kate ma racje – wtrąciła Miley – to nie możliwe, by od tak przepadła.
            - Zadzwonię do bazy, na pewno tam jest. – Kate wyjęła telefon.
            - A jak to twój ojciec ją porwał? – Spytałem nagle. Ze złością obserwowałem jak blednie jej twarz. – Tego nie wzięłaś pod uwagę, prawda? – Zadrwiłem. – On jest nie poczytalny.
            - To nie moja wina. – Westchnęła, - Dobra, wysyłam kogoś na miejsce wypadku, a ty pomyśl gdzie ona może być.
            - Nie wiem, kurwa. – Wstałem i kopnąłem krzesło. – I wszystko przez ten jebany chrzest.
            - Zbieraj się, Justin – pogoniła mnie Kate – nie mamy czasu.


            Michelle
            Przechadzałam się spokojnie alejkami centrum handlowego. W co drugiej witrynie widniała nowa wiosenno-letnia kolekcja z resztkami pozimowych przecen. Westchnęłam cicho, podziwiając obcisła niebieską sukienkę w cekiny. Spojrzałam na moje ciało, po czym znowu na wystawę. Wyglądałabym w niej okropnie.
            Głodna wróciłam do spaceru po centrum. Nie miałam planu. Nawet nie spodziewałam się tego, że ucieknę od Justina. Przygryzłam wargę, ponieważ zadziałałam zbyt pochopnie. Mogłam odczekać kilka dni, przygotować na to. A teraz?
            A teraz muszę sobie radzić zupełnie sama. Ruszyłam w stronę marketu, planowałam moją pierwszą kradzież. Jeszcze rok temu, było to nie do pomyślenia, lecz teraz jestem w sytuacji bez wyjścia.
            Przeszłam spokojnie przez bramki, obserwując ochroniarzy. Wzięłam koszyk na zakupy i zaczęłam się przyglądać półką z żywnością. Sięgnęłam po kilka batoników, które wydawały mi się najłatwiejszego przemycenia w dużej ilości.
            Moim następnym celem był dział z pieczywem. Wzięłam sobie dość sporą i ciepłą bułkę, po czym po powoli ją jedząc przechadzałam się pomiędzy półkami. Zaśmiałam się cicho, na to, jaka jestem „zła”.
            Po tym jak zjadłam z jakieś trzy bułki i wypiłam soczek, pochowałam batoniki do kieszeni. W spokoju odłożyłam koszyczek i ruszyłam w stronę wyjścia. Jęknęłam na samą myśl, że będę musiała uciekać.
            W chwili kiedy szybkim krokiem przekroczyłam bramki, rozległ się głośny, charakterystyczny pisk. Od razu rzuciłam się biegiem by jak najszybciej się stąd wydostać. Zaczęło mi brakować tchu, kiedy wybiegłam na świeże powietrze. Biegłam po ciemku przez siebie, aż wylądowałam w parku.
            Zmęczona opadałam na trawę. Jednak treningi z Kate na coś się przydały, przebiegłam chyba z ponad 5 kilometrów. Ciężko było mi uspokoić oddech oraz rozszalałe serce. Nad nim to już w zupełności nie mogłam osiągnąć władzy. Robiło co chciało. Aż w końcu oddało się w posiadanie Justinowi. Osobie, którą powinno omijać na kilometr.
            Westchnęłam ciężko, po czym zaczęłam się zastanawiać, czemu uciekłam? Bo nie wytrzymałam kłamstw? Ale przy Justinie byłam bezpieczna, co więcej czułam to bezpieczeństwo, które teraz zostało zastąpione mieszanką niepokoju ze strachem.
            Jestem ciekawa, czy to co mówił mi Paxton było prawdą? Musiało, przekonałam się w myślach, po co on by cię okłamywał? Zamknęłam oczy, które zaczęły mnie szczypać przez powstawanie łez. Kochałam Justina, a teraz czułam się zraniona. Oszukana. Ta najgorsza.
            Jak można kogoś kochać, skoro się przez niego cierpi? Robiłam wszystko dla Justina, a co dostałam? Worek kłamstw.
            - Czemu tak piękna dziewczyna leży sama w parku o tak później porze? – Odezwał się jakiś męski głos. Otworzyłam przerażona oczy, zobaczyłam ciemną postać nade mną. Poderwałam się jak oparzona i szybko wstałam.
            - Skąd wiesz, że jestem sama? – Spytałam, po czym szybko przybrałam odważniejszą postawę, by nie przyszło mu na myśli, iż się boję.
            - Jakoś nikogo tu nie widzę. – Odparł kpiąco.
            - A no tak. – Rozejrzałam się. – Powinnam iść. – Chciałam go minąć.
            - Nie chcesz się przejść na kawę? – Spytał, łapiąc mnie za ramę. – Znam świetną kawiarenkę. – Uśmiechnął się zachęcająco.
            - Nie znam cię. – Odparłam, wyszarpując się.
            - Jestem Isaac, a ty? – Wyciągnął do mnie dłoń.
            - Ja? Um… - Biłam się sama ze sobą, czy powiedzieć mu swoje imię, czy może uciec.
            - Nie wiesz jak masz na imię? – Zaśmiał się dźwięcznie. Miał śliczny śmiech.
            - Wiem – mruknęłam pośpiesznie speszona – Michelle. – Uśmiechnęłam się lekko.
            - Michelle. – Powtórzył cicho. – Wiesz, że po hebrajsku znaczy ono szukająca Boga?
            Zmarszczyłam brwi, zszokowana. Ten chłopak zaczął mnie jeszcze bardziej przerażać. Był ode mnie wyższy, zapewne silniejszy i jeszcze miał dziwaczne zainteresowania.
            - Skąd ty to wiesz? – Spytałam po chwili ciszy.
            - Wie się to i owo. – Wzruszył ramionami. – To pójdziesz ze mną na kawę?
            Przygryzłam wargę, nie wiedząc co zrobić. Pójść, czy nie? Właściwie, to nie znalazłam żadnego powodu by odmówić.
            - Czemu nie? – Wzruszyłam ramionami.
            - No to chodźmy. – Obdarzył mnie swoim słodkim uśmiechem.
            Ruszyliśmy w stronę wyjścia z parku w dziwnej ciszy. Nie mogłam stwierdzić, czy była ona krępująca czy przyjemna, taka naturalna. Westchnęłam i skrzyżowałam ramiona na swojej klatce piersiowej.
            - Nadal mi nie powiedziałaś, co taka ładna dziewczyna jak ty, sama robiła w nocy? – Spytał się, kiedy stanęliśmy na pasach.
            - Myślała? – Mruknęłam.
            - To było pytanie czy odpowiedź? – Zaśmiał się.
            - Domyśl się. – Wzruszyłam ramionami.
            - Hm, tajemnicza, lubię takie. – Zamruczał, mierząc mnie wzrokiem.
            - Czy ty mnie podrywasz? – Uniosłam jedną brew.
            - Domyśl się. – Uśmiechnął się tajemniczo i ruszył przez ulicę, ponieważ zapaliło się zielone światło. – Idziesz? – Zaśmiał się.
            Zmierzyłam go wzorkiem, po czym szybko otrząsnęłam się i ruszyłam za nim. Co on ze mną robi?

***

            - Więc podszedłem do niego – Isaac kontynuował swoją opowieść, jak ekspedientka wzięła go za homoseksualistę, a on zaatakował przypadkowego przechodnia – i głośno, wręcz na cały sklep wrzasnąłem „masz cholernie dobry tyłek, chciałbym zatopić w nim ptaszka” po czym dałem mu klapsa. Gdybyś widziała jego minę. – Pokręcił rozbawiony głową. – Później musiałem uciekać przed jego matką, która zaczęła bić mnie torebką. Ja nie wiem, co ona tam trzymała, ale miałem siniaki na całym ciele przez miesiąc. – Zaśmiałam się razem z nim.
            - Rozumiem, że boisz się biednej starszej pani? – Wydęłam wargę, po czym głupio się uśmiechnęłam.
            - Ty też byś się bała!
            - Tak, tak jasne. – Pokiwałam rozbawiona głową.
            - Późno już. – Stwierdził po chwili. – Odprowadzę cię do domu, co ty na to?
            - Nie trzeba. – Pokręciłam głową. – Dam sobie radę. – Dodałam.
            - Nie puszcze cię. – Puścił mi oczko. – Jesteś za piękna, jeszcze ktoś mógłby cię zgwałcić. – Zarumieniłam się. O cholera.
            - Jak powiedziałam dam radę. – Uśmiechnęłam się.
            - Nie zostawię cię, więc gdzie mieszkasz?
            - Jakby to powiedzieć… - westchnęłam – nigdzie.
            - Jak to nigdzie? – Zmarszczył brwi.
            - No normalnie. – Wzruszyłam ramionami. – Powiedzmy, że uciekłam z domu.
            - Niegrzeczna. – Poruszał brwiami. – Może to  szalone, ale… - Wypił ostatni łyk kawy. – Chodź spać do mnie, mam wolne miejsce w łóżku.
            - Jak mam interpretować tą propozycje? – Spytałam z uniesionymi brwiami.
            - Jak chcesz. – Uśmiechnął się zadziornie. – To jak zgadzasz się?
            Isaac wstał i wyciągnął w moją stronę otwartą dłoń. Spojrzałam na nią, po czym w jego ciemne oczy. Następnie położyłam na niej swoją.
            - Z przyjemnością.
_______________________________________________
WESOŁYCH ŚWIĄT
Mało zmartwień i agresji,
Żadnych smutków i depresji,
Dużo śmiechu i radości,
Wiele seksu i miłości
Na Święta i Nowy Rok
Życzy
Autorka opowiadania aka Agatka z Michelle i Justinem



Naprawdę mi przykro, że was zapewne zawiodłam.

piątek, 15 sierpnia 2014

CHAPTER XXXVI: Accident


Michelle

Leżałam w swoim pokoju, oh, wróć. To nie MÓJ pokój. Ale czy to teraz ważne? 
Wracając do tego co mówiłam… Leżałam w apartamencie na wielkim, strasznie miękkim łożu. Mogłabym tu umrzeć, serio, nie narzekałabym. Tak naprawdę, to nie wiem ile tu jeszcze będę „przetrzymywana”. Zbliżała się siódma wieczorem, a ja nic nie zjadłam od dobrych siedmiu godzin. O tak przyjdzie mi umierać na tym wielkim łożu. 
Co ciekawego się działo odkąd postrzeliłam Justina? Właściwie to nic, oprócz spotkania z tutejszą panią psycholog, uwierzyłbyś? Oni tu mają psychologa. Oczywiście nie chciałam z nią rozmawiać, ale była uparta i przedyskutowałyśmy jakąś godzinę o moim zachowaniu.
Czy byłam za surowa dla Justina? Oh tak, czemu ja głupia dałam na siebie wpłynąć Paxtonowi? Przecież to wszystko było zmyślone, prawda? 
Westchnęłam głośno, miałam dość siedzenia w tym pokoju, ale nic, zupełnie nic, nie zanosiło się na to, że stąd wyjdę. Usiadłam na łóżku i rozejrzałam się dookoła, wszystko wyglądało tak jak 5 minut temu. Umrę tu, zobaczycie. 
Wstałam z łóżka i podeszłam do telewizora, który cały czas wyłączam i włączam. Z pilotem wygodnie się położyłam i zaczęłam oglądać wiadomości. Nie wiem, po co.
- Ciała państwa Harris odnaleziono dzisiaj po 4 miesiącach poszukiwania. - Rozpoczął przystojny blondyn, miał zapewne z trzydzieści lat. Poprawił mankiet garnituru, kiedy ja blada wpatrywałam się w ekran. - Bogaci mieszkańcy Los Angeles zostali zakopani na obrzeżach miasta. Więcej informacji przekaże nasza reporterka, która jest na miejscu. Liso? 
Na ekranie pojawiła się nie wysoka blondynka, ubrana w czarny żakiet, białą koszulę z dużym dekoltem i czarną spódnicę przed kolano.
- Jestem, Mark. Państwo Harris zostali zakopani niedaleko ośrodka poprawczego, w którym przebywała ich córka, Michelle Harris, za zabójstwo Alfa McCanna. Dziewczyna uciekła z jednym z niebezpiecznych chłopaków, zamieszkujących te tereny, Justinem Bieberem. Nasz informator doniósł nam, że Michelle przeszła przemianę i pracuje teraz jako prostytutka w Nowym Jorku. Poszukiwania jej nadal trwają. Natomiast ciała znalazła ekipa, która zajmowała się ogrodem poprawczaka, bo my prosze państwa jesteśmy teraz na jego terenie. Z tego co mi na razie wiadomo, panna Harris zginęła od uduszenia, ma liczne obrażenia, możliwe, że została zgwałcona. Natomiast pan Harris został postrzelony w głowę. Przy zwłokach nie było dokumentów, ale już pan Matthew potwierdził tożsamość. Nie wiemy, kto to był, ale wiemy jedno, tą rodzinę prześladuje jakiś pech. Dla BBC news, Lisa Robinson. 
- Dziękuj… 
Dalej nic nie słyszałam. Rzuciłam lampa w telewizor. 
Moi rodzice nie żyją.
Ktoś ich zabił.
Tylko te myśli chodziły po mojej głowie, kiedy rzucałam we wszystkie strony każdą rzeczą, która wpadła mi w rękę. Do momentu, kiedy poczułam jak para silnych ramion podnosi mnie do góry, uniemożliwiając dalsze pustoszenie pokoju. Krzyknęłam głośno i jak opętana chciałam się za wszelką cenę wyrwać. Nie obchodziło mnie kto to był ani co mu zrobię. Niech mnie puści. Niech da mi wolność. 
Chcę uciec. 
Zostałam brutalnie rzucona na łóżko, tak że aż krzyknęłam z bólu w kręgosłupie. Następnie czyjeś ciało wbiło mnie w materac nieruchomiejąc. 
- Michelle, słyszysz mnie? - Mówił miękko Justin. - Uspokój się, wdech, wydech. 
Oddech miał przyśpieszony, pewnie z powodu bitwy ze mną. 
- Oni nie żyją. - Wychrypiałam, dławiąc się płaczem. - Nie to nie prawda, oni… oni nie mogli umrzeć. 
Mój głos był okropny, kiedy walczyłam o każde słowo w tonie łez. Nie wierzyłam, że moi rodzice nie żyją. Ktoś po prostu mnie oszukał, prawda? Jakiś osiedlowy żart? 
- Kto umarł? - Mrugałam szybko powiekami, by pozbyć się łez. Było to nie lada wyzwanie, lecz przez chwilę odzyskałam ostrość wzroku. Justin patrzył na mnie wyczekująco, jego twarz była owiana spokojem. Zero zdziwienia, zaskoczenia. On wie? 
- Moi rodzi-ice. - Mój głos lekko się załamał, ale starałam się mówić spokojnie. - Wiedziałeś, że… że zaginęli? - Kolejne łzy, o nie. 
- Nie. - Przez jego twarz przeszedł cień, może mi się wydawało? - Przecież jakbym wiedział, to bym ci powiedział, kochanie. - Brzmiał tak szczerze, że aż trudno było mu nie uwierzyć. - Mogę cię puścić już? Ramię mnie trochę rwie. - Pokiwałam potulnie głową.
Zostałam uwolniona, lecz nie takiej wolności pragnęłam. Chciałam się stąd wydostać, przejść, być sama wśród tłumu ludzi. Miałam dość czterech ścian, dusiłam się tu.
- Chodź tu, kochanie. - Otworzył ramiona do uścisku, a ja? Ja z ledwością się w niego wtuliłam.  Byłam taka… nijaka. 
Schowałam twarz w jego szyję i znów wszystko do mnie powróciło. Moi rodzice nie żyją… Gdyby nie głupi Jacob, pewnie spędziła z nimi te ostatnie miesiące. Obserwowałabym ich sztywną, lecz prawdziwą miłość. Ich kłótnie o jakieś pierdoły. Brakuje mi ich wymagań, tego jak perfekcyjna mam być dla nich. Tęsknie za moim bratem, który teraz został sam, zupełnie sam. Może powinnam uciec i wrócić do LA? Co z tego, że mnie zamkną? Mój brat nie będzie sam. Mój kochany, duży brat. 
Już nigdy nie usłyszę od nich skarg na temat ich współpracowników, kryzysu oraz tego jak z Matthewem nie jesteśmy przygotowani do pracy w wielkich firmach, bo to my przejmiemy po nich firmy, nikt inny. Rodzinny biznes, rodzinne gówno.
- Jak to możliwe, że nie wiedziałam, że moi właśni rodzice zaginęli 4 miesiące temu? Powiedz mi, jak? - Załkałam. Witajcie wyrzuty sumienia. - Jak to możliwe, że nawet się nimi nie zainteresowałam? Ja? Ich córka, z krwi i kości, panna Harris? 
- Kochanie, to nie twoja wina, po prostu sądziłaś, że jest u nich wszystko w porządku. - Głaskał mnie po plecach.
- Ty tego nie rozumiesz. - Pokręciłam głową. - Wystawiłam własnych rodziców! Nawet nie wiedziałam, że zniknęli! - Pisnęłam. - Ale obiecuje im i sobie, dopadnę tego, kto ich zabił. - Justin się spiął, lecz ja byłam zbyt zajęta myślą zemsty. - Zemszczę się na nim. Zmasakruję go tak, że nie będzie przypominał samego siebie, zobaczysz. Pomszczę ich.
- Michelle, nie wiesz co mówisz. - Powiedział stanowczo Justin. 
- Ja wiem, co mówię, Justin. - Warknęłam i wstałam z jego kolan. - Sam byś też tak zrobił. Pomścił byś swoją matkę i ojca. 
Miałam uczucia tak mieszane, że ktoś pomyślałby, że jestem w ciąży. Rano zabiłam człowieka, postrzeliłam mojego chłopaka w ramię, następnie po rozszalałej kłótni zostałam zamknięta w pokoju, miałam rozmowę z psychologiem, która mnie nastraszyła i uspokoiła jednocześnie, a teraz dowiedziałam się, że moim rodzice nie żyją od 4 pieprzonych miesięcy. 
To był popieprzony dzień, oh, przecież on jeszcze się nie skończył. Zapomniałabym. 
- Ale ty to ty, a ja to ja. Różnimy się. - Stwierdził.
- Tak, bo ja jestem dziewczynką i mam cycki i cipkę, a ty jesteś chłopczykiem i masz chuja, tym się różnimy Justin. - Warknęłam nadąsana. 
- Nie tylko tym. - Stwierdził warcząc.
- Tylko tym i ja mogę robić, co kurwa mi się żywnie podoba! Bo ty nie masz prawa mi rozkazywać. - Mówiłam, że jestem jak wulkan emocji? Nie wiadomo, kiedy wybuchnie.
- A ja ci mówię, że tego nie zrobisz. - Warknął. - Wystarczy, że już zabiłaś jednego człowieka, więcej nie zniesiesz, uwierz mi. 
- Kurwa, Justin. Chciałeś bym była maszyną do zabijania, przykro mi, ale nie będzie starej niewinnej Michelle, ty ją zabiłeś. - Warknęłam. - Sam chciałeś, żebym taka była, to i o to jestem, i co ci znowu nie pasuje? Wolisz niewinne dziewczynki? To idź szukać gdzie indziej, bo ja kurwa, jestem już kobietą i ja decyduję, co chcę robić i ty nie podejmiesz decyzji za mnie. Koniec z chowaniem się za Justinkiem. - Krzyczałam na niego, a właściwie wrzeszczałam. Dlaczego? Uh, sama już nie wiem, za dużo uczuć, za dużo myśli. Kolejna kłótnia. Ja nie mam siły żyć tak jak teraz. 
Prawdopodobnie byłam cała czerwona na twarzy ze złości, nie wiem. Nie dbałam o to. Ciskając piorunami w Justina, po prostu wybiegłam z pokoju. Minęłam ochroniarzy i słyszałam krzyk Justina. No pięknie, teraz się zacznie. Muszę uciec przed całym tutejszym gangiem, kurwa, Michelle, nie przemyślałaś tego. 
Biegłam ile sił w nogach, starałam się wybierać jak najbardziej opustoszałe korytarze, co nie było łatwe, bo właściwie oni byli wszędzie. Nawet nie zauważyłam, jak dwójka wybiegła zza rogu. 
Michelle, dasz radę.
Pomyślałam, zanim uniknęłam ciosu od jednego, ale uh, uderzył mnie drugi w tej samej chwili. A niech to szlak, jestem słabsza od nich. 
Kolejny cios. Unik. 
Michelle, wstawaj. 
Wstałam i od razu zrobiłam kolejny unik. Czas zaatakować, mam mało czasu. Jęknęłam w duchu, kiedy wymierzyłam jednemu z nich porządnego kopniaka, uh, zabolało. Ale tylko tak troszeczkę. Kolejny cios, unik, atak i tak w kółko, aż w końcu obydwoje leżeli. Pisnęłam z radości, ale musiałam być cicho, nie wiadomo gdzie jest reszta. Zagryzłam wargę. Przydała by się jakaś broń, może oni mają? Dokładnie przeszukałam obydwóch i znalazłam dwa pistolety z pełnymi magazynkami, odetchnęłam z ulgą. Mam się czym bronić.
Z jednym pistoletem w ręku, bo drugi włożyłam w spodnie, pobiegłam dalej przed siebie. Próbowałam sobie coś przypomnieć z dnia, kiedy Kate oprowadzała mnie po tym uroczym budynku. Gdzie oni mają garaż, huh? 
Korytarz nie był najlepiej oświetlony przez co zaliczyłam z pięć? Sześć upadków? Nie przejmowałam się tym, po prostu biegłam przed siebie, ku wolności. 
Usłyszałam czyjeś kroki, uhu, doganiają mnie, tylko skąd? Westchnęłam głośno,  rozglądając się na boki. Zauważyłam ich cienie, zaraz wyłonią się zza zakrętu. Przygotowałam się do strzału i kiedy tylko obydwoje wkroczyli do korytarza, w którym byłam, strzeliłam do nich. Jednego po drugim. Drzwi jednego z pokoi otworzyły się, skąd wyszedł zaalarmowany młody chłopak, strzeliłam mu w nogę, zanim zorientował się, co się tu dzieje. 
Szybkim krokiem podeszłam do niego, kiedy on jęczał z bólu. Podoba mi się to, jaką mam przewagę nad nimi wszystkimi. 
- Gdzie jest garaż? - Spytałam ostro, przykładając zimną lufę do jego skroni. 
- Do końca korytarza i w prawo. - Niemal mi wyśpiewał. 
- Dziękuję. - Uśmiechnęłam się słodko. Oh, chyba nawet zbyt słodko. 
Przed udaniem się do garażu, dokładnie go przeszukałam. Jeśli ma broń to z nogą czy bez niej i tak mógł mi coś zrobić. Chociaż, czy ja wiem czy on by to przeżył? 
Zadowolona i niebezpieczna, przekroczyłam próg drzwi prowadzących do garażu. Ciemność. Przeklęłam po nosem i zaczęłam macać ścianę. Znalazłam kilka przełączników i teraz stój i się zastanawiaj, który do czego. Wzruszyłam ramionami i wcisnęłam wszystko po kolei.
- Ewakuacja ludzi z budynku rozpoczęta. Wszystkie samochody odblokowane, drzwi garażowe są w trakcie otwierania, broń gotowa do wyjęcia. - Poinformował mnie kobiecy, komputerowy głos, kiedy włączyło się światło. Zaczął głośno wyć alarm. Był nie do zniesienia.
- Zamknij się. - Warknęłam pod nosem, kiedy odwróciłam się w stronę schodów. Cholera, jakbym była na 10 piętrze. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, wow. Samochodów było tu od chusteczki, a o broni nie wspomnę. Wszystko czyste i poukładane. Wow.
Zbiegłam po schodach, co było nie lada wyzwaniem, bo było ich mnóstwo. Słyszałam czyjeś krzyki, ale nie zwracałam na nie uwagi. Złapałam za jeden z kluczyków, na którym był numerek, tak jak na samochodzie. Wszystko idealnie zorganizowane, aż nie wierze. 
Szybko wsiadłam za kółko czarnego Audi i ruszyłam. Warkot silnika mieszał się z krzykami i alarmem. Mieszanka nie do wytrzymania dłużej niż kilka minut. 
Kiedy chciałam wyjechać z garażu, ktoś wpadł pod moje koła. Justin. Stał tam zdyszany i trzymał dłonie na masce samochodu, szybko się wycofałam i wymanewrowałam samochodem. Wyjechałam wejściem obok tak szybko, że ledwo panowałam nad samochodem. 



Justin 
- Cały czas ją śledzimy szefie, zmierza w stronę centrum handlowego. - Odparł David jeden z moich komputerowców. Minęło na razie pół godziny odkąd Michelle tak jakby „zniknęła”. Chyba zapomniała, że każdy nasz telefon i samochód ma nadajniki. 
- Chłopaki trzymają się w pobliżu? - Starałem się być spokojny, ale to było trudne. Michelle przeżyła za dużo jak na jeden pieprzony dzień. To nie jest normalne. 
- Tak, cały czas. Mają ją na oku od 20 minut. - Odparł.
- To dobrze, zaraz do nich dołączę. - Mruknąłem. - Powiadom Kate, by się szykowała.
- Kate z Miley na mieście. - Mówił spokojnie. - Pewnie są już pijane.
- Nie obchodzi mnie to, mają tu się pojawić w 10 minut i ty masz tego dopilnować. - Warknąłem. - Będę u siebie.
Wyszedłem z pomieszczenia, gdzie David razem z jego bratem pracowali nad namierzaniem ludzi, pilnowali wszystkiego 24/7. Byłem im za to wdzięczny, jeden problem z głowy. 
Teraz najważniejsze pytanie, czemu ciekła? I kurwa jak jej się to udało? Muszę popracować nad ochroną, to jest niedopuszczalne. Co prawda zabiła mi z 3 ludzi, ale resztę wsiąkło. Jakby się z nimi zmówiła. 
Westchnąłem głośno. Nie wiedziałem, co mogło wpaść Michelle do głowy. Mogła pójść się zabić, zrobiła by to? Czy Michelle była by do tego zdolna? Nie, chyba nie. Nie byłem pewien. 
Wszedłem do pokoju i od razu zaatakowałem barek. Muszę się napić, tego na trzeźwo nie da się przetrawić. 
Po drugim kieliszku szkockiej rozległ się dzwonek telefonu. David.
- Kate i Miley dotarły? - Spytałem chłodno, bez żadnych powitań.
- Nie, szefie. - Powiedział gorączkowo. - Samochód, którym jechała pana Michelle, właśnie miał wypadek. 
Upuściłam szklankę. Nie mogłem uwierzyć. 
- Szybko namierz karetkę i szpital do którego trafiła, przygotuj ludzi, musimy ją odbić. - Mówiłem szybko, zabierając wszystko co niezbędne. Portfel, buty, kurtkę i wybiegłem z pokoju. 
- Trafiła do najbliższego szpitala, zaraz poinformuje ludzi. - Odparł, a ja się rozłączyłem.
Rzuciłem się biegiem. Biegłem tak jakby od tego zależało moje życie, życie Michelle. Mogłem w przeciągu pięciu minut stracić cały świat. Nie było czasu na załamania, trzeba było ją jak najszybciej przewieźć tu. 
Zbiegłem po schodach, przeklinając pod nosem ich istnienie. Wsiadłem do pierwszego lepszego samochodu, biorąc uprzednio kluczyk od niego i  z piskiem opon wyjechałem z garażu. 
Adrenalina szalała w moich żyłach i to nie tylko przez szybką jazdę, lecz też przez myśl, że kobiecie mojego życia coś się stało, a ja nie będę w stanie jej pomóc. Ochronić. 
Czas się dla mnie zatrzymał. Widziałem tylko jezdnię i żyłem tylko myślą o tym, że mogę stracić Michelle. Nic innego się dla mnie nie liczyło. Przyśpieszyłem, od szpitala dzieliły mnie dwie przecznice.
Kiedy w końcu dojechałem, niechlujnie zaparkowałem. Tak naprawdę, nawet nie wiedziałem gdzie i wybiegłem z samochodu. Nawet nie byłem pewny, czy go zamknąłem. Wbiegłem do szpitala, popychając jakąś kobietę. Nie dbałem o to. 
Stanąłem w miejscu. Co teraz? Recepcja, to jest to. 
Podszedłem szybko do recepcji, gdzie siedziała starsza kobieta. Spojrzała na mnie wyczekująco spod brzydkich, starych okularów.
- Przed chwilą przywieziono tu kobietę z wypadku. - Mówiłem szybko, niechlujnie.
- A pan kim jest? - Spytała.
- Mężem, może pani szybciej. - Nie wytrzymałbym dłużej w niepewności.
- Jest na izbie przyjęć. - Odparła. Chyba była zła. 
Rzuciłem się biegiem do izby przyjęć, dostając od niej naganą, że nie wolno tu biegać. Wpadłem do pomieszczenia. Owiałem je spojrzeniem. Chodziłem od łóżka do łóżka. Ta sala była w chuj długa. 
Pisk maszyny informując, że ktoś umarł, przerwał jakiekolwiek rozmowy. Mnóstwo lekarzy próbowało uratować czyjeś ciało.
- Proszę pani, gdzie jest moja żona? Dopiero co została przywieziona z wypadku. - Nerwowy zaczepiłem pielęgniarkę.
- Przykro mi proszę pana. - Odparła pokazując głową na całe zamieszanie związane ze śmiercią.
Michelle nie żyje? Co? Jak? To kurwa nie możliwe!
Rzuciłem się biegiem w stronę łóżka, odepchnąłem jakąś pielęgniarkę i spojrzałem się na zmasakrowaną twarz kobiety, leżącej na łóżku. Wryło mnie w podłogę, nie mogłem uwierzyć w to, co widziałem. 

To nie była Michelle. 




autorka:
Bardzo Was wszystkich przepraszam, po prostu jakoś nie mogłam tego napisać, no ale napisałam. Całe szczęście, co nie? Będę się starała dodawać częściej rozdziały. 


Osoby:
@Anka_124521
@xwhatxever 
zmieniły nazwy, więc są wykreślone 


Mogę prosić o komentarz? Chociaż taki typu „nadal tu jestem”

dziękuję

niedziela, 1 czerwca 2014

Chapter XXXV: Madness

jestem aż tak przewidywalna? 
Michelle
Pisnęłam głośno, odskakując w bok. Kiedy pod moim ciałem znalazła się nierówność, znów pisnęłam i odskoczyłam w innym kierunku. Kurczowo przywarłam plecami do ściany. Mój oddech był nierówny, a włosy zasłoniły moją twarz. Podniosłam wzrok z moich butów, by zobaczyć, że ciało Paxtona leży tam, gdzie powinno leżeć. Był blady, a krew wydobywała się z jego rany. Trafiłam w   samo serce. W mojej głowie zapaliła się czerwona lampka, która szybko zgasiła spokój. Jeśli Paxton nie żyje, to na kogo wpadłam? 
- Kochanie? - Usłyszałam ten aksamitny głos, który wypełniony był zmartwieniem i obawą. Czułam jak jego wzrok jest wbity w moje ciało. - Skarbie, kochanie, spójrz na mnie. - Powiedział spokojnie, robiąc krok w moim kierunku. - Już wszystko jest w porządku. 
  Nie wiem, czy to właśnie przez te słowa, czy przez to, że wreszcie na niego spojrzałam, po prostu wybuchnęłam płaczem. Natychmiast rzuciłam się mu na szyję mocząc koszulkę. Następnie przypomniałam sobie wszystko, co powiedział i pokazał mi Paxton. Zdjęcia, w które wpatrywałam się przez kilka ostatnich dni, mignęły mi przed oczami. 
Kiedy Justin owinął ramiona w mojej talii, to było już dla mnie za dużo. Wyrwałam się z jego objęć nadal płacząc.
- Nie dotykaj mnie! - Wrzasnęłam. - Jesteś pieprzonym oszustem, który chciał po prostu bym była ślepa. - Krzyczałam. - Chciałeś bym dla ciebie wszystko zrobiła. Ale ja nie dam się tak traktować. - Szarpałam się z nim, aż wreszcie uderzyłam go w krocze i byłam wolna. 
  Nadal płakałam, lecz już mniej. Wzrokiem szukałam broni, która, jak się okazało, leżała pod moimi nogami. Natychmiastowo podniosłam ją i wycelowałam w Justina. 
  - Kochanie… - Zaczął, robiąc krok w moją stronę.
  - Nie podchodź. - Powiedziałam poważnie. - Nie chcę cię znać. Byłeś największą pomyłką mojego pieprzonego życia, powinnam zostać w tym pieprzonym poprawczaku. Teraz, przez ciebie, nie mam przyszłości, rozumiesz? - Wycedziłam. - Zniszczyłeś moje życie, moje plany. Razem z tym pieprzonym Jacobem. Jesteście tacy sami! - Powtarzałam wszystko, co od tygodnia słyszałam od Paxtona, no dobra, część sama stworzyłam. 
- Michelle, uspokój się. - Powiedział cicho. 
  - Milcz! - Krzyknęłam. - Nie chcę cię słuchać. Zresztą, miałeś już swój czas, żeby mi wszystko powiedzieć i nawet go nie wykorzystałeś. - Mówiłam wszystko, co leżało mi na sercu, dosłownie. - Wszystkiego dowiadywałam się od Kate, tak nie powinno być, to nie z nią jestem zaręczona, tylko z tobą! O dziecku dowiedziałam się od Kate, o twoim ojcu od twojego brata. Powiedziałeś mi tylko i wyłącznie o tym, że gang zabił twoją siostrę, a nawet nie wiem jaka była. Ja rozumiem, Justin, nie umiesz się pozbierać po jej śmierci, ale wszystko ma swoje granice. Nie będę tego wytrzymywać dłużej, tych ciągłych tajemnic. Może ty w ogóle mnie nie kochasz? Może wolisz Kate? Ja cię nie rozumiem, Justin. Musiałam się zmieniać, prawie co noc czułam się jak gówno, słysząc wasze jęki zza ściany. Zachowywaliście się jak pieprzona para, to jakaś patologia! Jesteście nienormalni. - Oblizałam usta, kipiąc ze złości. - Powinniście się leczyć, psychicznie!
  Zamilkłam na chwilę. 
- Stałam się pieprzoną blondynką, chociaż nienawidzę tego koloru włosów. Chodzę w obcisłych ciuchach, których nigdy w życiu bym nie założyła, do tego uczę się jak korzystać z broni i walczyć. Kurwa, ja byłam więziona przez siedem dni i prawię zgwałcona. W imię czego? - Wyszeptałam. - Dlaczego ja to kurwa robię? Już wiem. - Zaśmiałam się histerycznie. - Dla ciebie. - Splunęłam. - Dla takiego gówna jak ty. Dla ciebie tylko i wyłącznie liczy się seks, po który teraz przyjechałeś, prawda? 
- Skarbie… - Zaczął, ale mu przerwałam.
- Och, zamknij się. - Warknęłam. - Nie będziesz mi mydlił oczu. Myślisz, że nie wiem, że pieprzyłeś się z jakimiś dziwkami, kiedy mnie nie było? Myślałeś, że się nie dowiem? Tobie chodzi tylko o seks, o nic więcej. - Powiedziałam z żalem w głosie. 
  - Gdybym nie była zamieszana w to gówno, teraz zastanawiałabym się z kim pójdę na pieprzony bal i czy zostałabym pieprzoną królową balu. Zastanawiałabym się nad jebaną sukienką, ale pewnie i tak wybrałabym niebieską. Siedziałabym teraz z Cateriną i obgadywała szkołę, ale nie! Musieliście się pojawić wy, bo kto inny? Musieliście spieprzyć moje życie. Jesteś moim przekleństwem, Justin. Boże, czym ja sobie na niego nagrabiłam? - Spytałam i, oczywiście, nie dostałam odpowiedzi. 
  - Bieber?! Gdzie się podział ten idiota? - Głos Kate roznosił się po korytarzu, a po kilku minutach weszła do pomieszczenia. - Co ty jej zrobiłeś, Bieber? - Spytała lekko rozbawiona. 
- Skul pysk suko. - Syknęłam w jej stronę, mierząc na przemian na Kate i na Justina.
  - Suko? - Spytała, nie dowierzając. - Suko? - Powtórzyła. 
  - Głucha jesteś? - Warknęłam. 
  - Mnie się nie nazywa suką. - Zaakcentowała. - Tak mi się odpłacasz za to, że byłam miła? Za to, że wytrzymywałam twoje zrzędzenie? Pomagałam ci. - Powiedziała z obrzydzeniem. - Ten palant nawet cię nie chciał. - Zaśmiała się złośliwie. - Mogłam ci go zabrać, wiesz? Mogłabyś znów użalać się nad sobą, jak bardzo jesteś nieidealna dla pana idealnego. Nawet byś go nie dotykała i była nadal pieprzoną dziewicą. 
- A ty myślisz, że jesteś lepsza? - Broniłam się. - Latasz za nim jak jakaś idiotka i spełniasz każde jego zachcianki. Jesteście popierdoleni, kochacie się, a nie chcecie ze sobą być? Kurwa, do jakich ja ludzi trafiłam? - Użalałam się nad sobą.
  - Co ci kurwa nie pasuje? - Krzyknęła Kate. - Twoi rodzice żyją, a twój brat nie jest twoim wrogiem, twoimi przyjaciółkami nie są striptizerki i wszystko masz podsunięte pod nos. W życiu nie obrabowałaś pieprzonego banku, zabiłaś jedną osobę, a nie z jakiś tysiąc. Miałaś pieprzony wybór, nie urodziłaś się praktycznie w gangu, twój ojciec jest normalny! - Krzyczała na mnie. - Nikt nie śledzi cię po całym świecie, by cię zabić. Nie musisz się bać swojego pieprzonego cienia, co jest strasznie wkurwiające. Nie straciłaś dziecka! 
  Przełknęłam głośno ślinę, nic nie mówiąc. Szczerze powiedziawszy, nie wiedziałam, co powiedzieć, po raz pierwszy tego dnia, stałam jak kołek.
  - Tak, wszystko jest dla ciebie nowe, ten świat jest dla ciebie nowy, ale nie zapominaj, że my cię chronimy. - Wskazała na siebie i Justina. - W normalnych okolicznościach, Paxton pobił by cię tak, że nie mogłabyś wstać, a już na pewno zgwałcił. I może byśmy cię uratowali w porę. Nie zawsze udaje nam się każdego odbić przed jego śmiercią. I wiesz, co? Oni zrobili by to z ogromną przyjemnością. - Brzmiała tak poważnie, że wydawało mi się, że jesteśmy w jakimś filmie grozy.
- Mnie kiedyś zgwałcił Justin. - Powiedziała, widząc że chce coś powiedzieć. - Dla niego to była ogromna przyjemność, dla mnie nie. Co z tego, że był pijany i naćpany? Trzeźwy by tego nie zrobił, ale nie zmienia faktu, że to zrobił. - Wciągnęła głośno powietrze. - Dlatego uciekłam. - Powiedziała cicho i zrobiła krok w moją stronę.
  - Nie podchodź, bo strzelę! - Groziłam jej. 
  - Nie boję się. - Mruknęła i  zrobiła kolejny krok. - Dalej strzelaj, jeśli jesteś aż tak odważna. - Patrzyła na mnie pustym wzrokiem. - Strzelaj. - Wrzasnęła, przez co ja zrobiłam krok do tyłu.
  Dalej wszystko potoczyło się tak szybko, że ledwo co mogłam zarejestrować, co się stało. Kate wybiła mi broń z dłoni, która wypaliła. Później usłyszałam głośny jęk Justina, najprawdopodobniej właśnie w niego trafiłam. Zostałam popchnięta, upadłam. Następnie poczułam, jak ktoś dociska mnie do podłogi, siadając na moim plecach. 
  Najprawdopodobniej była to Kate, ale nie byłam w stu procentach pewna, patrząc na to w jakim szoku byłam. Wykręciła mi ręce do tyłu, by nie mogła po nic sięgnąć. Następnie usłyszałam, jak do kogoś mówi:
  - Alarm czerwony, punkt 9.
Następną rzeczą jaką poczułam, był jej oddech przy uchu, kiedy wyszeptała:
  - Ty kiedyś też uciekniesz. 
  Po kilku minutach do małego pokoiku weszło sześciu mężczyzn z Miley na czele, którą poznałam po głosie, który był strasznie dla niej charakterystyczny. Kate po kolei wywoływała po dwóch, można by powiedzieć goryli, do danego zadania. Na samym początku wynieśli Justina, nie widziałam go od afery przed strzałem. Kate idealnie dopilnowała, bym żyła w niepewności. W końcu jeśli go postrzeliłam, to ciągle jest pytanie gdzie? Następna para goryli miała mnie zabrać  z powrotem do apartamentu.
- Macie pozamykać okna, wyjąć broń z miejsc, o których wiecie oraz zamknąć drzwi. Ma zostać sama do przyjścia Clark. - Rozkazała im, kiedy tylko podnieśli mnie z podłogi. - Ja powiadomię Clark osobiście. Idźcie już. - Pośpieszyła ich. 
Wzrok Kate wypalał we mnie dziurę, do momentu aż nie skręciliśmy w inny korytarz. Szczerze powiedziawszy, chciałam się im wyrwać, nie dlatego, że mi nie pasuje siedzenie w pokoju, wręcz przeciwnie. Wizja samotności nawet wywoływała lekki uśmiech na mojej twarzy. Chodziło mi właściwie o to, że dwójka nieznanych mi mężczyzn trzyma mnie za ramiona i mogą zaprowadzić mnie gdziekolwiek chcą. To mnie wręcz przerażało. 
Czarne myśli odeszły ode mnie, kiedy przekroczyłam próg tak dobrze mi znanego pokoju. Odetchnęłam lekko z ulgą, obserwując goryli. Dokładnie wykonywali polecenia Kate, co do jednego. Przyglądałam się i dziwiłam, gdzie można ukryć broń. Tak naprawdę, ten pokój był cały w broni. 
Po niedługim czasie, obydwoje wyszli zostawiając mnie samą w pokoju. I co teraz będzie? 

  Justin 
  Kiedy tylko zamykałem oczy, widziałam obłęd, który panował w pięknych tęczówkach Michelle. 
  Czy naprawdę by do mnie strzeliła?
  Zadawałem sobie miliony pytań, będąc w szpitalnej części budynku. Pielęgniarka Linda, którą znam i to dosyć dobrze, opatrywała moje ramię niezwykle delikatnie, jakby bala się mnie dotknąć. Z jednej strony, lubię jak się mnie boją ludzie, ale z drugiej, to trochę z jej strony, nie profesjonalne. 
Zastanawiałem się, czy to wszystko, co powiedziała Michelle, było prawdą. Może byłem jej przekleństwem? Ale przecież jeszcze przed wyjazdem cieszyła się, że mnie ma. Prawda, zniszczyłem jej przyszłość, ale miała wybór. Dobra, przyznaję, nie za wielki był ten wybór, ale hej, był! 
- Wszystko w porządku, Bieber? - Usłyszałem obok mnie głos Kate, przez co otworzyłem oczy. 
- Nie. - Warknąłem. - Co on jej zrobił? 
  Nie wiedziałem dokładnie, kto był tą osobą, która zniszczyła moją narzeczoną. Wiedziałem jedno, że jeśli jeszcze żyje, to nie pożyje zbyt długo. 
  - Zobaczysz na nagraniu. - Przygryzła wnętrze policzka. - To był Paxton, ten którego zabiła. 
  Westchnąłem głośno. Dobrze mu tak. 
  - Clark idzie już do Michelle. - Powiedziała po chwili.
Na to nazwisko, od razu zostałem wyciągnięty z moich myśli.
  - Clark? - Spytałem drżącym głosem.
  - Tak. - Pokiwała głową.
  - Ale ona nic jej nie… - Zacząłem się lekko jąkać. Kate pokręciła głową. 
Lekko się uspokoiłem, lecz miałem nadzieję, że miała rację. 


niedziela, 11 maja 2014

Chapter XXXIV: Murder

Notka
            Postanowiłam tą notkę napisać aż tutaj, ponieważ no cóż, dzieje się nie wesoło, a to jest sprawa wyższej wagi.
            Już dwa rozdziały temu poruszałam sprawę komentarzy. Wracam do niej. Tak, jestem jędzą, dobrze mi się z tym żyje. Opowiadanie ma 99 obserwatorów, załóżmy że ¾ z tego to czyta, no więc zostaje nam 74 osoby. Dalej, na twisterze informuję 28 osób, załóżmy że z 20 to czyta, to daje nam już 94 osoby. Załóżmy też, że z jakieś 20-50 osób, które nie są w żadnej z powyższych grup to czyta , więc mamy około 114-144 osoby. To jest dużo.
Lećmy dalej, kiedyś Wasze komentarze wynosiły małą liczbę, ale hej, Waszym rekordem jest 85 komentarzy pod rodziałem XVIII (31.12.13r.), więc komentarz „i tak to czyta tylko 50 osób jest nie na miejscu”. Czego od Was oczekuję? Hmm. Komentarzy, które wywołają u mnie uśmiech. Wiem, że nie liczy się ilość, ale jakoś. Ale ja przez tą ilość widzę ile osób czyta tego bloga, bo skoro po dwóch tygodniach i 3 dniach, czyli razem 17, mam pod poprzednim rozdziałem 44 komentarzy i 1091 wejść, to coś jest nie tak. Wiecie jak ja to odczuwam? Spada liczba wyświetleń, nikt tego nie czyta, mało kto to komentuje…Powiem w prost, myślałam już o szybkim zakończeniu tego opowiadania, bez drugiej części.
Was odrażają moje terminy dodawania, a mnie Wasz brak zainteresowania. Kiedyś jak z dwa tygodnie nie było rozdziału to na twiterze dostałam z 6 pytań o to kiedy będzie, Nie mam ochoty i pomysłów na pisanie, kiedy tak naprawdę mnie nie zakręcacie, nul.
Przykro mi pisać taką notkę, nawet bardzo. Powiecie mi, co dalej? Zakończyć szybko pierwszą część? Pisać aż do końca drugiej? Zawiesić opowiadanie?
Powiem jedno, za 60 komentarzy, które jakkolwiek pokażą, że kochacie to opowiadanie, jestem w stanie starać się dodawać dla Was rozdziały jak najczęściej.

Michelle

Seventh day
To był podajże już siódmy dzień mojej męki w czterech ścianach. Głowa bolała mnie na okrągło od niewyspania oraz silnego uderzenia, które dostałam dwa dni temu za nieposłuszeństwo. Chciałam postawić się Paxtonowi, więc najnormalniej w świecie, zaatakowałam go. Możecie sobie wyobrazić, jak to się skończyło. Paxton natychmiastowo po najmocniejszym, jaki było mnie stać, ciosie w brzuch, dał mi z liścia. Zapewne do dzisiaj mam siniaka, nawet nie chcę wiedzieć jak w tamtej chwili wyglądałam. Po czym mocno popchnął mnie na ścianę, to jedyne co pamiętam, ponieważ straciłam przytomność. Obudziłam się na drugi dzień, który przesiedziałam sama bez jedzenia i picia.
Nawet nie wiecie jaka byłam osłabiona. Każda kość od zderzenia się ze ścianą bolała mnie tak bardzo, że najprawdopodobniej nie byłabym w stanie wstać, a co dopiero iść. Brzuch coraz rzadziej domagał się jedzenia. Zabrakło mi już nawet śliny, by przełknąć ją w ustach. Kompletna susza, jak na Saharze.
Przez ten czas, w którym siedziałam sama w czterech ścianach, zaczęłam się zastanawiać, co słychać u moich rodziców? Martwią się o mnie? Nie sądzę, ale na pewno wiedzą, że uciekłam, przez co jeszcze bardziej się mnie wstydzą i zapewnie wiedzą też, że uciekłam z jednym z miejscowych gangsterów, to wszystko jest popieprzone.
Teraz powinnam siedzieć i uczyć się biologii lub historii, by potem dostać się na studia i mieć jakąś przyszłość, tym czasem tutaj nie mam żadnej przyszłości. Nawet jeśli bym przeżyła, to jaka przyszłość szykuje się dla zbiegłej z poprawczaka dziewczyny? Nawet nie skończyłam szkoły, nie mam nic. Jedyne, co mi zostało, to brudna robota, z której zapewnie od tak się nie wyciągnę. Uświadomiłam sobie, że trafiłam na czarną listę wszystkich przestępców. Miałam takie wielkie plany. Przejęłabym kancelarię prawniczą po mamie, wyszłabym za mąż, miał dom, rodzinę…
Przy Justinie.... Mam Justina, nie mam przyszłości. Chociaż dłużej się zastanawiając, doszłam do wniosku, że wystarczy mi Justin, jeśli będę z nim szczęśliwa. I tak pewnie umrę podczas jakieś akcji, a może śmierć jest niedługo?
Jednak z drugiej strony, nie widzę siebie i Justina jako starszych dziadków, którzy mają szczęśliwą rodzinę. Jakoś nie pasujemy do tego stereotypu. Byłam strasznie ciekawa, czy kiedykolwiek urodzę dziecko? Stworzę rodzinę?
Moje dość długie i wielo godzinne rozmyślanie przerwał Paxton, który jednak postanowił mnie odwiedzić.
- Mam nadzieję, że źle się spało, suko. – Splunął. Nie odezwałam się. – Widać, że zmądrzałaś po ostatnim wybryku. – Oblizał usta, dopiero teraz zauważyłam, że trzymał kamerę i statyw. – Nie chciałaś mi pomóc zniszczyć Justina dobrowolnie, więc zrobię to w inny sposób. – Rozstawił statyw. – To go złamie. – Wziął kamerę i ustawił ją w statywie. – Jego dziewczynka w moich ramionach, tylko krzycz głośno, suko.
Moje oczy rozszerzyły się na jego słowa, a w ustach zabrakło jakiejkolwiek śliny.
On chciał mnie zgwałcić.
Zrobiło mi się goręcej i zarazem słabiej na samą myśl. Najchętniej uciekłabym albo sprała jego zadek na kwaśne jabłko, a tym czasem… Nie mam wyjścia ucieczki, jeśli ja coś mu zrobię, w co nie wierzę, ponieważ zrobił wszystko bym była słaba. Skuliłam się w kącie.
- Nie rób mi tego. – Wyszeptałam.
- Co mówiłaś? – Paxton podszedł bliżej mnie.
- Nie chcę. – Powiedziałam głośniej, na co się roześmiał.
- Mam kurwa w dupie, co ty chcesz, głupia suko. – Pochylił się nade mną. Dzięki temu mogłam dostrzec dobrze zakrytego siniaka. Ktoś dał my w twarz, co spowodowało lekkie poprawę humoru. Coś za coś. – To sprawi mi przyjemność, każdy by chciał z tobą pieprzyć, skarbie. W dodatku, będzie to idealna zemsta. – Uśmiechnął się podle, odciągając moje nogi od klatki piersiowej.
Następnie zaatakował swoimi obrzydliwymi ustami moje. Nie odwzajemniłam tego obrzydliwego pocałunku, sądząc że zaraz zwymiotuję. Jego oślizgły język bez żadnego ostrzeżenia i pozwolenia, przez co zaktusiłam się i ugryzłam go w niego. Paxton ryknął z bólu, dzięki Bogu, odsuwając się ode mnie.
- Ty suko. – Krzyknął, po czym jego dłoń znów spotkała się z moim policzkiem. Zacisnęłam oczy i szczękę z powodu bólu. – Jeszcze raz taki numer. – Złapał moją szczękę w swoją dłoń i mocno ścisnął. – To będę się pieprzył do nieprzytomności. – Warknął. – Zrozumiałaś?
Nie odezwałam się.
- Kurwa, pytałem cię o coś! – Warknął. – Zrozumiałaś?
- T-tak – Powiedziałam łamiącym głosem.
Paxton z drwiącym uśmiechem puścił moją brodę, po czym wpił się w moje usta, a jego dłoń wjechała pod moją bluzkę. Zaczęłam się szarpać, ale jak niestety wszyscy wiemy, on był silniejszy. Zablokował mnie swoim ciałem, jedną dłonią złapał moje ręce i przygwoździł do ściany. Powiem jedno, bolało. Jego język penetrował moje usta, byłam pewna, że w końcu zwymiotuję. Nie miałam siły się bronić przed nim. Zacisnęłam oczy, mając nadzieję, że ten zły sen się skończy i zaraz obudzę się obok Justina w łóżku.
Niestety, to była rzeczywistość. Uświadomiłam to sobie, kiedy Paxton dosłownie rozerwał moją bluzkę. Leżałam przed nim w samym staniku i krótkich spodenkach. Ze strachem spojrzałam się w jego oczy, nie wiem dlaczego w ogóle to zrobiłam. Jego oczy były wręcz czarne, biło od nich zimnem, agresją i pożądaniem. Czy tak wygląda wzrok szaleńca?
Skuliłam się w sobie, kiedy jego wzrok lustrował moje ciało. Czułam się tak goła, strasznie goła. Jego ręka przejechała po moich zakrytych stanikiem piersiach.
- Masz idealne ciało. – Stwierdził z chrypką w głosie. – Nie dziwie się, że Bieber cię pieprzy. – Wyszeptał, przygryzając płatek mojego ucha i ośliniając go. Było to obrzydliwe.
Moje ciało przeszedł dreszcz, kiedy jego ręce jeździły po moim ciele. Nie chciałam już w tym momencie nic widzieć, nie chciałam słyszeć, nie chciałam czuć.
Chciałam umrzeć. Właśnie w tamtej chwili, pod nim. Wolałabym być nie żywa, niż zgwałcona.
Usta Paxtona moczyły moją szyję. Nie mogłam tego nazwać nawet pocałunkiem, on po prostu lizał moją skórę. Każdy centymetr był lepki i mokry od jego obrzydliwej skóry. Jego zęby pierwszy raz postanowiły zahaczyć o moją skórę, lecz zrobił to tak boleśnie, że pisnęłam na całą salę. Dla Paxtona nie był to pisk z bólu tylko pisk z zadowolenia. Skąd to wiem? Uśmiechnął się w moją malinkę, która pulsowała. Miałam nawet wrażenie w pewnym momencie, że rozerwie mi szyję. Było by to mi na rękę, patrząc że umarłabym szybciej niż została zgwałcona.
Paxton kontynuował swoją drogę językiem w dół. Był coraz bliżej moich piersi, a jego ręka bliżej zapięcia od stanika. Wtedy zapaliła się w mojej głowie czerwona lampka. Teraz albo nigdy.
Kiedy Paxton dojechał między moje piersi, wgryzłam się w jego rękę, co spowodowało że puścił moje dłonie. Następnie popchnęłam go jak najmocniej umiałam w tył. Zszokowany moim atakiem upadł na ziemię. Rozciągnęłam swoją nogę i uderzyłam go wprost w jego klejnoty. Zawył z bólu, po czym szybko się pozbierał i wstał.
- Ty suko. – Ryknął, kiedy ja próbowałam wstać. Nie udało się, więc zaczęłam uciekać przed nim na czworaka. – I tak mi nie uciekniesz. – Warknął, ciągnąc mnie za włosy. Pisnęłam głośno, po czym zostałam przygwożdżona do podłogi butem. Syknęłam. – Zapłacisz za to. – Przewrócił mnie na plecy i kopnął w brzuch.
Zawyłam z bólu, tarzając się po podłodze. Rękami zakryłam brzuch, broniąc się przed dalszymi ciosami. Miałam już dość. Chciałam, żeby mój cierpienie się skończyło.
Paxton zabrał moje ręce i usiadł na mnie okrakiem, nim mogłam cokolwiek zrobić, wymierzył mi cios w policzek.
- Będę cię tak długo i ostro pieprzyć aż stracisz przytomność. – Warknął, zrywając ze mnie stanik, zawyłam płaczem. – Nie płacz, wiem, że tego chcesz. – Mruknął i zaczął gnieść moją pierś.
Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Nie chciałam tego, chciałabym być teraz z Justinem. Chciałabym, żeby to Justin dotykał moje piersi, ciało. Całował mnie i czcił moje ciało, jak robił to za każdym razem.
Z moich myśli i użalania się nad sobą, wyrwało mnie trzaśnięcie drzwi.
- Paxton, zostaw ją. – Usłyszałam krzyk znajomego głosu, a stukot szpilek wypełnił pomieszczenie. Chłopak zerknął za siebie, po czym uniósł dłonie za głowę. – Odejdź od niej.
Dziewczyna ukazała się zza ciała Paxtona. Przyjrzałam się jej. Czarne włosy ułożone w loki okalały jej twarz, którą podkreślał ciemny makijaż. Kontrastował on z jej bladą skórą. Ubrana była w białą bluzkę, kończąca się nad pępkiem. Na to założyła czarną, skórzaną kurtkę i długie, czarne spodnie. Złote szpilki zmierzały w moim kierunku, kiedy Paxton odsuwał się ode mnie.
- Miley, weź go. – Krzyknęła, stojąc tyłem do mnie. Wtedy do Paxtona podeszła blondynka, która szybko i zwinnie go zablokowała.
Nim się obejrzałam zostałam sama z czarnowłosą, która odwróciła się do mnie i zdjęła z siebie kurtkę. Odgarnęła loki z twarzy, przykucając przy mnie.
- Kate? – Spytałam się słabym głosem, kiedy próbowałam podnieść się do siadu. Czarnowłosa od razu mi pomogła.
- Tak, to ta ja. – Mruknęła i zaczęła oglądać moją twarz. Oblizała usta, krzywiąc się. – Zapomniałabym, załóż to. – Zaczęła pomagać mi w ubraniu jej.
- Gdzie ja jestem? Czy ty mnie właśnie uratowałaś? – Mój głos był słaby, kiedy boląca głowa szukała odpowiedzi.
- Uratowałam przed zgwałceniem. – Mruknęła. – To wszystko miało być częścią planu, lecz bez gwałtu. – Skrzywiła się. – Chodź, wyjdziemy stąd. – Złapała mnie pod ramiona i pomogła wstać.
- Zaprowadzę cię do twojego pokoju. – Powiedziała cicho, wychodząc ze mną z pomieszczenia. Szłyśmy pustym, ciemnym, ale czystym korytarzem. Po drodze nie minęłyśmy ani jednej osoby. Szczerze mówiąc, mało co kontaktowałam. Nawet nie wiem, kiedy doszłyśmy do wielkiego pokoju, który miał być mój.
– Dzisiaj będziesz spać ze mną, okej? -  Odezwała się, sadzając mnie na łóżku. – Właściwie, długo nas tu nie będzie, więc możemy cały czas spać razem. – Stwierdziła, biorąc telefon do ręki.
- Okej. – Wyszeptałam i lekko pokiwałam głową. Czułam się dziwnie, siadając brudna na czystej i miękkiej pościeli.
W pokoju panowały dwie barwy czarny i biały. Królewskie łoże z baldachimem było pierwszą rzeczą, jaka rzucała się w oczy. Bogato zdobiony, miękki dywan, onieśmielał mnie do wykonywania dalszych kroków. Biurko, które stało w kącie posiadało złote zdobienia, tak samo jak komoda, która stała naprzeciwko łóżka.
- Co chcesz do jedzenia? – Spytała Kate, wyciągając mnie z moich myśli.
- Cokolwiek. – Wzruszyłam ramionami, po czym czarnowłosa zaczęła rozmowę przez telefon w nieznanym mi języku. Jednak szybko zakończyła i uśmiechnęła się do mnie.
- Jedzenie niedługo będzie, a teraz chodź, umyjemy cię. – Podała mi dłoń, dzięki czemu mogłam normalnie wstać. Byłam jej za to wdzięczna.
Zaprowadziła mnie do wielkiej białej łazienki z złotymi elementami. Od razu jak tylko spojrzałam się w bok, natknęłam się na moje odbicie. Myślałam, że zemdleję. Miałam tłuste, brudne, posklejane włosy. Widać mi już było odrosty, co nie dodawało zbytnio uroku. Miałam dwa siniaki, które zdobiły moje obydwa poliki. Oczy miałam popuchnięte od płaczu, a czerwone żyłki pogarszały efekt. Since pod oczami pokazywały, jak bardzo byłam niewyspana i wręcz się zlewały z tymi na policzkach. Moje usta były spuchnięte, suche, a dolna warga rozcięta. Kiedy odgarnęłam włosy, rzuciła mi się w oczy malinka, którą rozbił Paxton. Myślałam, że zwymiotuję na jej widok.
Kiedy kaskada wody wpadła do wanny, przywróciła mnie myślami na ziemię. Przytrzymując się umywalki, podeszłam do Kate. Dziewczyna przygotowywała kąpiel, o której marzyłam od chwili, w której znalazłam się w tamtym ohydnym pomieszczeniu.
W chwili, kiedy wanna była pełna, Kate pomogła mi się rozebrać i umyć głowę, po czym zostawiła mnie, bym mogła się chwilę zrelaksować.
Tego właśnie mi brakowało, ciepła i czystości. Może ciepła woda nie za dobrze działała na moje rany, bo wręcz czułam, jak moje ciało się pali, ale i tak nie wolałabym zimnej. Głowa stała się coraz cięższa i coraz mocniej mnie bolała. Potrzebowałam snu, i to dużo. Wygodniej usadowiłam się w wannie i usnęłam.




Michelle
Następnego dnia miałam poznać wszystkie tajniki tego budynku, który był ogromny. Tak naprawdę na co dzień była to szkoła walki. Część z osób, które tu przebywała uczyła miejscowych. Kamuflaż mieli idealny, można by powiedzieć. Nikt nigdy nie interesował się, co znajduje się na piętrach ani w piwnicach.
Szłam obok Kate, ubrana w jej ubrania. Czułam się trochę naga, patrząc na fakt, iż zostałam wczoraj prawie zgwałcona, przez co obudziłam się dzisiaj w nocy z trzy razy oblana potem.
Oblizałam krwistoczerwone usta, kiedy weszłyśmy na salę ćwiczeń. Była nią ogromna hala, podobno największa w całym budynku. Była wypełniona masą ludzi, którzy umilkli jak tylko pojawiłyśmy się na balustradzie.
- Wezwałam was dzisiaj, tylko w jednym celu. – Zaczęła Kate. – Chciałam wam przedstawić przyszłą panią Bieber. – Puściła mi oczko. – To jest Michelle i właśnie przeżyła pierwszy etap chrztu. – Powiedziała radośnie. – Macie być dla niej mili. – Dodała poważniej.
Następnie przez jakieś dziesięć minut mówiła o wszystkich rutynowych rzeczach. Wreszcie wyszłyśmy z hali i szłyśmy w zupełnie przeciwną stronę niż do naszego pokoju.
- Kate?
- Nie skończyłaś jeszcze chrztu, czas na drugi etap. – Mruknęła, a mi zaschło w gardle.
- W sensie? – Spytałam drżącym głosem, kiedy stanęłyśmy przy drzwiach.
- Zabić go. – Otworzyła drzwi, ukazując niewielkie pomieszczenie, w którym był Paxton. Weszła ze mną do środka, po czym podała mi broń.
- Ty konta on. Ty masz broń, on nie ma. – Oblizała usta. – Jeśli go nie zabijesz, sama zginiesz. – Spojrzała na mnie ze współczuciem i włożyła pistolet w moją dłoń. -  Powodzenia.
Następnie wyszła i zamknęła za sobą drzwi, zostawiając mnie i mojego oprawcę samych. Kiedy Paxton zrobił mały krok ku mnie, ja natychmiastowo wycelowałam w niego broń.
- Ani k-kroku, bo strze-ele. – Mój głos drżał.
- Prędzej ja wyrwę ci broń i ty zginiesz. – Stwierdził, robiąc jeszcze jeden krok, przez co ja się cofnęłam.
- Powiedziałam, ani kroku. – Krzyknęłam przerażona.
Paxton zaszydził ze mnie i zrobił jeszcze jeden krok, byłam tak blisko jego, że wiedziałam, co się stanie jak nie strzelę. Wzięłam głęboki oddech i strzeliłam z zamkniętymi oczami, następnie rzuciłam się do drzwi. Łzy zalewały mi widok. Ja zabiłam człowieka.
Morderczyni.
Potwór.
Dwa określenia, które pojawiały się w mojej głowie i nie chciały dać spokoju. Zabiłam drugiego człowieka, będę się smażyć w piekle.

            Już myślałam, że wyjdę, kiedy wpadłam na czyjeś ciało. Paxton żyje? Przecież to nie możliwe, zabiłam go… ale nie sprawdziłam czy na pewno…

Obserwatorzy